Władca much

Nad łaskawym brzegiem oceanu śpią beztrosko dzieci.

Ogrzewa je moc skwierczącego drewna.

Cicho śpią.

Nie wiedzą, że nazajutrz rozpęta się burza.

Cicho oddycha wodna toń.

Wielki ucisk

Trzask suchych gałęzi pośród szumu wody

Ciemna szata nieba wilków cichy skowyt

Otula tęskne zmysły dając niezbity dowód

Że milionów tych pochód musi ufać Słowu.

 

Grzmotów i błyskawic, piorunów wrażych oblicze

Słońce nagle ściemniałe, spadłe z nieba gwiazdy

Obłok jasny w górze i chwałę wielką ujrzały

Z mocą wyzwoliciela, Syna Człowieczego

 

 

 

Banita

Gwiazdy jasne, gęste jak piasek plaży

Niosą żelaznego młodzieńca w niebiosa.

Choć stoi na straży, myśli święte snuje

A kędziory jasne, rumiana twarz zbrudzona czasem

śmieją się w marzeniach z głodu i pragnienia.

Bo w dzień walczy, przed wrogiem ani zadrży

-Filistyni leżą na zwłok stosach

Nie zlękli się Imienia-

I wie, że nie jest sam w tym boju

Jego siła nie w długich włosach.

Wiara jego siłą…

Strzelił w ognisku płomień czerwony

A sen jak powiew bryzy morskiej

Oplata świadomość niepamięcią…

Ostatnie jednak ślady dnia nęcą

I głośno w brzuchu męczą, twierdząc,

że cenią to nad życie, że do Kogoś tęsknią.

Róża

Dzień szybki jak wprawny mocarz

Włada czasem kipieli nieogarniętej

W cierpieniu w sierpniu w nocy

Drzewo wezbrało soki z korzeni

By wydać głos i kształt twój zmienić

Byś naga nie stała nie straszyła żywej duszy

Z blaskiem nocy zmartwychwstaniesz

W pokoju przybierzesz miłość i zadźwięczysz

Szczęściem w słowach rozstrzelanych czasem

Czekasz w milczeniu i czujesz jak obejmuje cię

Szorstki język ciszy który zły i pusty szarpie

I stoi odbity w twojej twarzy pochlapanej strachem

A ja czekam tym płonę co nie zobaczę

i chowam strach w modlitwy wbite w ręce

chcę zedrzeć mieczem strach twój w popiół biały

i świat cały odchłostać od Ciebie wzroku wodospadem

Zdjęcie zasłony cz. 3

Wiatr uderzał o moje policzki jak szalony.

-Halny?!-pomyślałem i przygarbiłem się jeszcze bardziej, by poczuć choć trochę więcej ciepła. Przysunąłem bliżej karku zsuwający się z barku pasek torby. Do celu pozostało nie wiele ponad kilometr. W porównaniu ze sterczeniem w tłumie śmierdzących, obcych ludzi w autobusie, powiew arktycznego wiatru był ulgą i orzeźwieniem. Nozdrza odetchnęły świeżą wonią zmrożonego tlenu i azotu.

-Siedzieć na wykładzie? Czy wpisać się na listę i wyjść?- wysłuchiwanie przez półtorej godziny obcej mowy profesora nie przyniesie mi żadnego pożytku. Mógłbym zająć się rzeźbieniem Afrodyty z Pafos, komponowaniem albo zwykłym kontemplowaniem ciszy. Poczułem jak żyletka delikatnie przejechała ostrzem po języku. To obrzydliwe. Wyszedłem z sali, by to uczucie wtopionego żelastwa w miękką tkankę jak najprędzej zniknęło.

-Hej. Cieszę się, że cię widzę. Co tam słychać?

-Siema. W porządku. Właśnie wracam ze szpitala.

-Coś się stało? Wyglądasz na przygnębionego…

-Mojej mamie coś odwaliło. Zaczęła rozmawiać ze sobą. Ciągle wymawia jakieś dwa imiona, jakby rozmawiała z dwoma mężczyznami, rzucała się… Nie chciała pójść do psychiatry, musiałem zadzwonić po nich, bo oszalała.

-O kurde. Stary, mogę Ci jakoś pomóc?

-Nie no, daj spokój, tylko zostaw to dla siebie. Mam teraz urwanie głowy, bo z pracy muszę się zwalniać i ciągle coś załatwiam. Dostałem duży kontrakt, muszę znaleźć celebrytów do naszego nowego show. Zdjęcia już w piątek zaczynamy, a ja na razie mam tylko dwie osoby… Muszę lecieć, dzwonić, ogarnąć to wszystko.  W ogóle, może spotkamy się w niedzielę wieczorem jak będę po wszystkim?